RSSTwitterFacebook

Zamglona przyszłość

2010-02-19

Polska w tym pełnym niepewności świecie mieć się będzie zupełnie nieźle – pisze prof. Jan Winiecki, nowo wybrany członek Rady Polityki Pieniężnej NBP w prognozie roku 2010 dla WestLB Bank Polska S.A.

• Świat zachodni zaczął w III kw. br. wychodzić z recesji. Niemniej, obraz przyszłości jest nadal bardziej zamglony niż zazwyczaj. W dodatku, źródłem wysokiej niepewności nie są bynajmniej jedynie trendy w gospodarce globalnej, lecz może nawet bardziej obawy przed „twórczym wkładem” polityków w gospodarczą przyszłość naszego świata.

• Polska w tym pełnym niepewności świecie mieć się będzie zupełnie nieźle. Rok 2009 zakończy zapewne wzrostem PKB w granicach 1,5-2,0%, a w 2010 r. i w latach następnych oczekiwać należy wzrostu rzędu 3%. Jednocześnie kraje Eurozony rosnąć będą w tempie 1,0-1,5% rocznie, co oznacza, że proces doganiania bogatych krajów „starej” Europy nie ulegnie szczególnemu spowolnieniu.

• Gospodarka polska zaczęła wyraźnie przyspieszać w IV kw. 2009. Produkcja przemysłowa, do tej pory rejestrująca coraz mniejsze spadki w skali roku, odnotowała w listopadzie znaczny wzrost (9,8%). Podobnie przyspieszenie odnotowało budownictwo (wzrost w listopadzie o 9,9% w skali rocznej), ale było to już kolejne przyspieszenie, gdyż pierwsze miało miejsce w III kw. 2009. Wzrost PKB w skali roku może w IV kw. 2009 r. wynieść 2,5-3,0%.

• W grudniu przyjęty został budżet na 2010 r. Zakłada on prawie dwa razy wyższy deficyt budżetowy niż w 2009 r. Jednak, znacznie ważniejszy jest deficyt całego sektora finansów publicznych. Tutaj różnice między obecnym a przyszłym deficytem są znacznie mniejsze. Szanse na uniknięcie największych kłopotów nie są takie najgorsze. Niemniej, na poważne reformy przyjdzie nam poczekać do 2011 r.

• W odniesieniu do równowagi zewnętrznej sygnalizuję dwie nadchodzące zmiany. Pozytywna, to dość wyraźne pierwsze oznaki zmniejszania skali spadków eksportu. Poprawa koniunktury oznacza jednak, że i import zaczyna wychodzić z jeszcze głębszych spadków. Oznacza to, że deficyt w bilansie handlowym, po bardzo znacznym zmniejszeniu w 2009 r., może zacząć się znowu powiększać.

Co zapewne będzie, a co być powinno, w najbliższych 3-7 latach

Interpretacje przyczyn, środków zaradczych, a zwłaszcza przebiegu kryzysu budzą ciągle pewne, choć po części malejące kontrowersje. Natomiast przewidywania tego co będzie, „rozjeżdżają” się w zupełnie różnych kierunkach. Nie będę się tutaj zajmować myśleniem w kategoriach powrotu do normy (plus więcej podatków i regulacji), który dominuje w kręgach – wielce licznych – „majsterkowiczów” naszego zachodniego świata. Pominę też wieszczów „nowego ładu globalnego”, w którym już jutro (a najdalej pojutrze) Chiny i Indie zastąpią zmęczony świat zachodni jako liderzy ładu ekonomicznego. Po pierwsze, myślenie w tych kategoriach z perspektywy szybszego wzrostu gospodarczego tych państw przypomina prognozowanie wzrostu niemowlęcia na podstawie przyrostów w centymetrach w okresie pierwszych dwóch lat życia. Takie dziecko „musiałoby” po dwudziestu latach mieć co najmniej sześć metrów wzrostu... Po drugie, przywództwo ekonomiczne oznacza wpływanie na świat zewnętrzny swoimi zachowaniami w gospodarce – i to nie tylko za pośrednictwem eksportu. W tym ostatnim przypadku jest się bowiem bardziej zależnym od świata zewnętrznego niż świat zewnętrzny od takiego „lidera”. Tymczasem Chiny importują relatywnie niewiele, zwłaszcza dóbr konsumpcyjnych, a Indie w ogóle nie liczą się w tej konkurencji (importują mniej więcej tyle, ile Polska).

Świat zachodni jest rzeczywiście zmęczony, a może bardziej nawet niepewny swych dotychczasowych cywilizacyjnych przewag i w efekcie bojaźliwy. Niemniej jeszcze długo będzie odgrywać dominującą rolę w światowym handlu i inwestycjach. Ta dominacja będzie jednak powoli słabnąć. Przyczyny tego są trojakie.

• Po pierwsze, państwo opiekuńcze od dawna wysysa żywotne soki z zachodnich, zwłaszcza zachodnioeuropejskich, gospodarek. Rozwijały się one przez ostatnie ćwierć wieku (1980-2005, a więc przed nadejściem obecnego kryzysu) w tempie zaledwie 2,5% rocznie. Na ciężar „socjalu” nakładał się jeszcze ciężar etatystycznej tradycji, bardzo niesprzyjającej innowacyjności (stąd np. porażka Strategii Lizbońskiej).

• Po drugie, kryzys przyniósł dramatyczne zwiększenie ciężaru zadłużenia, co jeszcze bardziej spowolni dynamizm gospodarczy. Słabnie on bowiem w miarę zwiększania relacji wydatków publicznych do PKB; te zaś rosną wraz z zadłużeniem sektora publicznego.

• Wreszcie, po trzecie, przez minione ćwierćwiecze mieliśmy centrum innowacyjne gospodarki światowej w postaci Stanów Zjednoczonych, które – wraz z innymi krajami kultury anglosaskiej (W. Brytanią, Australią, Irlandią, Nową Zelandią) – rozwijały się szybciej niż kraje kontynentalnej Europy. Cechą wspólną tej grupy krajów było mniejsze przeregulowanie i niższe podatki.

Tymczasem zwrot USA pod nową prezydenturą w ostatnich latach w kierunku europejskiego modelu socjalnego i przypływ wiary w zbawczą moc interwencji (makroekonomicznej i regulacyjnej) podważa dotychczasowe przewagi gospodarki amerykańskiej. Można powiedzieć, że gospodarka amerykańska w iście „amerykańskim tempie” dogania sklerotyczne państwa opiekuńcze zachodniej Europy. Z długiem publicznym dochodzącym do 80-100% PKB, wyższymi podatkami i przerostem regulacji, można obawiać się, że Ameryka dostosuje się swoją innowacyjnością i dynamiką gospodarczą do kontynentalnej Europy. Wielka Brytania weszła wcześniej na tę drogę, ale też przyspieszyła w ostatnich dwóch latach.

Tak więc, gospodarki zachodnie będą rozwijać się w średnim okresie (3-7 lat) wolniej, w granicach 1-2% rocznie. Podobnie zresztą Japonia. Niewątpliwie oddziaływać to będzie na wzrost gospodarczy innych krajów, włącznie z Chinami. Nie co roku bowiem te ostatnie mogą pozwolić sobie na „stymulus” rzędu 500 mld $. A przecież należałoby jeszcze wziąć pod uwagę czynniki obniżające dynamikę gospodarczą świata zachodniego (i nie tylko), jak np. koszty polityk klimatycznych w postaci drastycznie podwyższonych kosztów energii ze źródeł tradycyjnych.

Być może świat zachodni – zmęczony, wystraszony i pragnący „świętego spokoju” za wszelką cenę – nabierze jeszcze energii. Jak mawiał biznesmen i polityk, George Shultz, „jeśli sytuacja zrobi się dostatecznie zła, ludzie powezmą nawet najbardziej oczywiste i sensowne decyzje”. Do tego zaś, by takie sensowne decyzje mogły być podejmowane, uwzględniać one powinny kilka kwestii spychanych na margines lub pomijanych całkowicie.

W „wielkim zgiełku” na temat regulowania wszelkich, nawet mało istotnych, drobiazgów w firmach sektora finansowego umyka jedna ważna – być może najważniejsza – kwestia regulacyjna. Wskazują na nią doświadczeni praktycy, jak Paul Volcker (b. szef FED w okresie „wyżymania” inflacji z gospodarki amerykańskiej w latach 80. XX w.), Mervyn King (teoretyk, który został praktykiem, jako prezes Banku Anglii), czy teoretycy jak Adrian Blundell-Vignal (szef analiz finansowych OECD), bądź Deepak Lal (profesor UCLA, prezes Mont Pelerin Society, intelektualnej międzynarodówki klasycznych liberałów). Wszyscy oni, różnie rozkładając akcenty proponowanych rozwiązań, wskazują na priorytet rozdzielania bankowości komercyjnej, zabezpieczonej systemem gwarancji bankowych, i nieporównanie bardziej ryzykownej bankowości inwestycyjnej. Innymi słowy, za najważniejsze uważają oddzielenie działalności bardziej ryzykownej, która w ostatnich dziesięcioleciach korzystała z „jazdy na gapę”, na koszt ubezpieczonej od runu na bank bankowości komercyjnej. I kiedy nadszedł krach ryzykownych operacji skomplikowanymi instrumentami finansowymi, mogła chować się za plecy tej pierwszej, stawiając zarządców systemu finansowego przed dylematem: ratować całość komercyjno-inwestycyjnego banku gigantycznym kosztem, czy pozwolić upaść całości, narażając bezpieczeństwo systemu bankowego, a nie pojedynczych banków. Obawiam się jednak, że konsekwencje decyzji ad hoc, podejmowanych w ostatnich kilkunastu miesiącach, utrudnią znacznie pójście tą najbardziej sensowną drogą.

Trudne problemy przeciążonej gospodarki okażą się jeszcze trudniejsze, gdy wraz ze wzrostem gospodarczym – nawet dość mizernym – ruszy inflacja. Popyt kreowany zwiększonymi wydatkami publicznymi zetknie się bowiem z wyższymi kosztami wytwarzania subsydiowanej podaży (koszty produkcji np. samochodów będą rosnąć, nie maleć!). W dodatku – i jest to kwestia niemal nie dyskutowana na forach międzynarodowych – w tle „czai” się jeszcze jedno źródło inflacji. Mogą nim być długie cykle cen surowców mineralnych. Głęboka recesja – podobnie zresztą, jak w poprzedniej fazie wysokich cen, tzn. w latach 70. XX w. – spowodowała przejściowo znaczny spadek cen, ale powrót wzrostu gospodarczego spowoduje niewątpliwie ponowny wzrost cen surowców, który trwać będzie mniej więcej do połowy przyszłej dekady. To dodatkowo oddziaływać będzie na wzrost inflacji i osłabienie dynamiki PKB.

Jak w tym wszystkim znajdzie się Polska i inne kraje transformacyjnego sukcesu?

Najkrótsza odpowiedź brzmi: całkiem nieźle. Należy pamiętać, że to naprawdę były kraje sukcesu. W latach 1990-2004 wzrost wydajności ósemki krajów, które weszły do UE w 2004 r. był w przemyśle ponad czterokrotnie wyższy niż w „starych” krajach UE. Ich eksport (w dużej mierze dzięki inwestycjom multinationals) rósł dwa razy szybciej od eksportu światowego i dwa i pół razy szybciej od eksportu krajów „starej” Unii Europejskiej. Te przewagi w znaczniej mierze pozostaną.

W sumie, w najbliższych kilku latach, gdy gospodarki w Europie zachodniej przejdą do niewielkich nawet pozytywnych wzrostów i ruszy handel zagraniczny, przewagi konkurencyjne przełożą się niewątpliwie na wzrost eksportu do zamożniejszych krajów „starych” UE. Oczywiście, nie będą to już takie przyrosty, jakie np. Polska odnotowywała w latach 2004-07, gdy eksport, mierzony w euro, zwiększał się w tempie 14-23% rocznie, ale nadal będzie ponadprzeciętny w stosunku do tempa eksportu UE, a być może nadal w stosunku do tempa wzrostu eksportu światowego. Powinno to wystarczyć Polsce do utrzymania tempa wzrostu PKB rzędu 3% rocznie.

Inne gospodarki wspomnianej ósemki powinny w większości odzyskać sporą część niedawnego wigoru. Na pewno dotyczy to Czech, w nieco mniejszym stopniu Słowacji (ze względu na monokulturę samochodową, która to branża rozwijać się będzie wolniej w warunkach nadmiernych mocy produkcyjnych w stosunku do popytu) oraz Węgier, wychodzących nie tylko z globalnego, ale także (lub przede wszystkim!) z własnego, zafundowanego sobie kryzysu. Mam wątpliwości co do Słowenii, której transformacja najbardziej odbiegała od wzorca sukcesu i która obcinała w pewnym zakresie kupony od swojej uprzywilejowanej pozycji w byłej Jugosławii.

Natomiast inaczej niż większość analityków oczekuję przyspieszenia wzrostu gospodarczego w krajach bałtyckich: w Estonii i na Litwie. Kraje bałtyckie są najbardziej zaawansowane w zakresie liberalnych reform, miały niskie deficyty budżetowe lub nawet nadwyżki, mają niskie podatki i niewielki „socjal”. Nie są więc tak ograniczone w działaniach, jak kraje obciążone znacznymi deficytami budżetowymi i długiem publicznym. Dlatego ich odbicie się od dna powinno być znacznie silniejsze niż innych krajów. Być może zapowiedzią powyższego jest wzrost PKB Litwy w III kw.2009 r., kwartał do kwartału, aż o 5,0%.

Wydrukuj artykułPDF
E-mail
Hasło
Zarejestruj się
Copyrights © Polish Market 2007
Powered by G-point.biz